środa, 1 lutego 2017

Autorzy na widelcu - #5. Alek Rogoziński




METRYCZKA

Imię: Alek
Nazwisko: Rogoziński
Znak zodiaku: wodnik
Wzrost: 186 cm
Dorobek literacki: "Ukochany z piekła rodem", "Morderstwo na Korfu", "Jak Cię zabić, kochanie?", "Do trzech razy śmierć",
Ulubiona książka: "Przygody dobrego wojaka Szwejka" Jaroslava Haška i "Ja, Klaudiusz" Roberta Gravesa



Rude recenzuje: Twoja największa słabość?

Alek Rogoziński: No to zaczynamy od strzału z dubeltówki :) 

RR: Nie ma lekko!

AR: Miałem z odpowiedzią na to pytanie taki problem, że aż zrobiłem krótką sondę wśród znajomych. Odpowiedzi padały różne: jedzenie, Madonna, podróże,  książki... Ja jednak myślę, że mam inne dwie słabości. Jedna to ta charakteru – nie potrafię być niemiły, nawet dla ludzi, którzy aż się o to proszą. I niestety, z biegiem czasu coraz gorzej na tym wychodzę. Jeszcze kilka lat temu wydawało mi się, że uśmiechem, rozmową, kompromisem można załagodzić nawet największe spory, wykaraskać się z każdego problemu. Niestety, ostatnio mam wrażenie, że świat wokół mnie ogarnęła jakaś przedziwna rewolucja. I nagle triumfuje awanturnictwo, cwaniactwo, obłuda, hipokryzja, kłamstwo i konfliktowość. Nie umiem się w tym na razie odnaleźć i nie chcę przyjąć do wiadomości, że ta zmiana może być trwała, że ten dżinn raz wypuszczony z czarodziejskiej lampy, może już do niej nie wrócić. A co do drugiej słabości, jest nieco innej natury. Jestem mianowicie uzależniony od herbaty. Narkomania totalna. Bez siedmiu, ośmiu herbat dziennie nie umiem normalnie funkcjonować. W Grecji, gdzie prośba o ten napój jest przyjmowana z takim zdziwieniem, jakby chciało się zamówić gulasz z mamuta, doszedłem po kilku dniach postu do takiego stanu, że za kubek herbaty oddałbym ostatniego centa, przyjaciół i dorzucił własną cnotę.

RR: Ogólnie gaduła z Ciebie straszna (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), a jednak Twoje książki mają małą objętość. Z czego to wynika?

AR: Nie wiem tak do końca, co to jest „mała objętość”.

RR: Mam na myśli książki, które zamykają się w zakresie 200-350 stron.

AR: Piszę tyle, żeby nie znudzić najpierw siebie, a potem Czytelników. Wiem, że panuje moda na książki, mające po 600-700 stron, ale pisać je potrafią tylko mistrzowie. Część twórców, terroryzowana histerycznymi krzykami wydawców: „Jak nie będzie grube, to się nie sprzeda!”, uprawia koncertowe wodolejstwo i rozwleka np. opisy jeziorka, nad którym zatrzymała się bohaterka ich książki, do rozmiarów, kojarzących się z rozszerzoną wersją przewodnika Berlitza po Mazurach. Kiedyś miałem ochotę przeczytać jeden z hitów literatury obyczajowej (zagranicznej, żeby nie było, że dworuję sobie z kogokolwiek z naszych twórców) i, mówiąc kolokwialnie, wymiękłem na czwartej stronie opisu łączki, po której tarzali się w rozpuście bohaterowie książki. Ta łączka według rzeczonego opisu zajmowała tak mniej więcej ¼ naszej planety i miała tendencje do rozrastania się w każdą stronę. Ale dała też pani autorce z dobrych 20 tysięcy cennych znaków. To nie jest moja filozofia – i jako pisarza, i jako czytelnika. Na szczęście moi wydawcy nie zmuszają mnie do nadprodukcji znaków. I bardzo jestem im za to wdzięczny. Czasem „mniej znaczy więcej” - nie tylko w modzie i architekturze, ale w literaturze też.

RR: A w związku z tym najlepszą książką zeszłego roku okazała się…?

AR: … przezabawna „Ostatnia arystokratka” Evžena Bočka, która ma 250 stron czyli w świetle założeń niektórych wydawców podpada pod kategorię „nowelka”.

RR: Jakie uczucia chciałbyś wzbudzić w czytelniku przez „Do trzech razy śmierć”? Oczywiście pominąwszy już kwestię rozbawienia.

AR: Cel kryminału (i w ogóle książek) zawsze jest jeden: rozbudzenie ciekawości. Wszystkie inne są drugorzędne. Jeśli ktoś pisze w mailu, że chciał tylko zajrzeć do mojej książki, ale usiadł i przeczytał ją w kilka godzin od deski do deski, to myślę wtedy, że osiągnąłem swój cel.

RR: Więc mówisz, że to Ci wychodzi. Jaki masz więc sposób na rozbudzanie ciekawości?

AR: Och, różne… Tych książkowych nie będę zdradzał, bo wiesz… Konkurencja nie śpi :) A co do innych.  Przeczytałem ostatnio, że pisarz powinien zajmować się pisaniem i niczym innym, bo inaczej „robi z siebie celebrytę”. Absolutnie się z tym nie zgadzam! Zacznijmy od tego, że nie zacząłem pisać, żeby przekazać światu prawdy objawione albo tworzyć drugie „W poszukiwaniu straconego czasu”, tylko po to, aby dać ludziom trochę rozrywki, wytchnienia od rzeczywistości, która czasem zgrzyta. I okazało się nagle, że sam też mam przy tym sporo zabawy. I to nie tylko w czasie pisania. Mogę na przykład razem z Magdą Witkiewicz zrobić dzięki Facebookowi transmisję „na żywo”, powygłupiać się, porozdawać trochę prezentów, a potem przeczytać, że ludzie też się przy tym dobrze bawili i zapomnieli choć na moment o tym, że są chorzy albo przeżywają jakiś poważny problem. Mogę pokazać na zdjęciach cudowną kotkę mojej Mamy i następnego dnia odkryć, że mam na swojej stronie kilkadziesiąt zdjęć pupili moich Czytelniczek. To są takie cudowne, nazwijmy to, dookoła literackie chwile, równie cenne jak te przeżywane w czasie spotkań autorskich, kiedy poznajesz „oko w oko” swoich Czytelników, odpowiadasz na ich pytania, widzisz reakcję na swoje słowa. A potem czytasz, że dobrze się bawiąc i sprawiając ludziom (i sobie) przyjemność, robisz z siebie celebrytę. Nie potrafię pojąć takich oskarżeń, tak jak i nie rozumiem, dlaczego niektórzy pisarze i pisarki, zwłaszcza literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej, traktują siebie z namaszczeniem godnym wieszczy narodowych.  Mnie takie zadęcie-nadęcie tylko śmieszy. Na szczęście ludzi z dystansem do siebie jest w tym fachu znacznie więcej niż tych cierpiących na zespół przerośniętego ego.  

RR: Tym razem fabułę wzbogaciłeś o trzy blogerki książkowe. Skąd taki pomysł i na jakiej zasadzie je wybierałeś?

AR: Po miłości :) A tak serio, nie miałem przyjemności poznać zbyt wielu blogerek w tak zwanym „realu”. Z większością znam się tylko wirtualnie. Kiedy więc przyszło mi do głowy, że mógłbym wprowadzić do książki trzy takie bohaterki, to najpierw pomyślałem o tych przeuroczych dziewczynach, które miałem okazję spotkać na swojej drodze – Wioli Umeckiej i Ani Karowicz. A potem wpadło mi do głowy, że jest jeszcze jedna dama Internetu, z którą od pierwszego zamienionego wirtualnie słowa mam chemię jak z mało kim. Wiesz, taka jedna, ruda :) I oto powstała „złota trójce”. Ale, ale… Myślę, że przy kolejnych powieściach jeszcze ktoś ze świata blogowego się u mnie pojawi. Może Aga z „Czytam, bo lubię” albo Dorotka z „Przeczytanek”… Zobaczymy. Ostatnio na Targach w Krakowie poznałem jeszcze kilkoro blogerów i kultowego YouTubera Pawła Opydo, autora cyklu „Złe książki”. Ten to dopiero byłby wymarzoną ofiarą zbrodni, bo podpadł już tylu pisarzom, że aż strach pomyśleć, ilu byłoby podejrzanych, gdyby ktoś go zamordował.

RR: Czym „Do trzech razy śmierć” różni się od pozostałych Twoich książek?

AR: Wydaje mi się, że jest trochę poważniejsza. Ponieważ w „Jak Cię zabić, kochanie?” skupiłem się na wymyślaniu gagów i zabawnych sytuacji, tutaj chciałem pokazać, że jednak jestem kryminalistą. Jeśli więc pojawia się humor, to jako element akcji, a nie coś, czemu akcja jest podporządkowana. To chyba główna różnica. 

Ania Powałowska/fotografka.eu
RR: A czym zatem – oczywiście wg Ciebie – różni się od komedii kryminalnych pisanych przez innych autorów?

AR: Tym, że takowych prawie nie ma. Na palcach jednej ręki można wymienić dobrych autorów komedii kryminalnych: Olga Rudnicka, Marta Obuch, Iwona Banach, Iwona Mejza... Przy tak nikłej reprezentacji tego gatunku, każdemu z nas łatwiej było wyrobić sobie swój własny, niepowtarzalny styl. Wydaje mi się, acz mogę się oczywiście mylić, że moje komedie są najbardziej kryminalne. Mniej w nich wątków obyczajowych. Owszem, zdarzają się, ale w porównaniu z książkami moich koleżanek, w nieco mniejszym stopniu. Cóż, one są fajnymi, ciepłymi dziewczynami, a ja... kryminalistą :)

RR: Skąd ta zmiana? Poważniejesz z wiekiem?

AR: Nie, a przynajmniej taką mam nadzieję! Po prostu jako wierny fan Agathy Christie i Joanny Chmielewskiej nie mogę za bardzo naginać konwencji komedii kryminalnej. A to ciężki gatunek, bo zawsze trzeba idealnie wyważyć proporcje. Mam nadzieję, że coraz lepszy ze mnie kuchmistrz...

RR: Potwierdzam, że coraz lepszy! Twoja bohaterka – Róża Krull – nie szuka przyjaźni w literackim świecie. A jak jest z Tobą?

AR: Też nie. A już na pewno nie na siłę. Ale oczywiście znam wiele osób z tego świata i praktycznie codziennie poznaję kogoś nowego. Niektórzy są diamentami, inni – niekoniecznie. W każdym przypadku od znajomości do przyjaźni droga jednak daleka. A i teoretyczne przyjaźnie weryfikuje niekiedy czas albo jakieś wydarzenie. Czasem też dopiero po jakimś okresie zauważam cudzą hipokryzję, brak dystansu do siebie, zawiść, złośliwość albo na przykład mściwość, która w mojej hierarchii jest jedną z najgorszych cech charakteru. Z reguły staram się przypisywać ludziom dobre intencje, a jeśli ich lubię – łatwo usprawiedliwiać ich wpadki. Zdarzają się jednak takie osoby, które robią wszystko, żebym przestał je lubić, i niektóre osiągają swój cel. Ale to zawsze przykre, kiedy trzeba przyznać się do błędu w ocenie kogoś. Za każdym razem traktuję to jako swoją porażkę. Ale też i niczego nie żałuję. Czasem trzeba dostać od życia lekcję, żeby się czegoś nauczyć, wyciągnąć wnioski i więcej nie popełnić takiego samego błędu – choćby w doborze znajomych.

RR: Przy okazji jeszcze zapytam o spotkania autorskie, o których wspominasz w swojej najnowszej książce. Czy rzeczywiście jest tak, jak to opisujesz?

AR: Nie, nie. W książkach przedstawiam je w krzywym zwierciadle, a w rzeczywistości spotkania autorskie najczęściej są przemiłe i pozwalają naładować baterie. Tak jest przynajmniej w moim przypadku.

RR: Jakieś wspomnienia, którymi chciałbyś się podzielić z czytelnikami?

AR: Pamiętam ostatnie spotkanie w Łodzi. Jechałem tam z Poznania,  byłem czwarty dzień w dość męczącej podróży, a do tego panował wtedy upał stulecia, a w pociągu PKP ktoś najwyraźniej zwariował, bo nie wiedzieć czemu włączył tam ogrzewanie i zamienił ów pojazd w ruchomą saunę parową. W efekcie dotarłem na miejsce zgrzany, spocony, zmordowany i z solidnym wrażeniem, że zamiast trasy Poznań-Łódź, znienacka przemierzyłem pół Afryki i to w środku sierpnia. Na miejscu udało mi się wyprosić u mojego przyjaciela, Mariusza, żeby udostępnił mi swój prysznic. Do Empiku w Manufakturze dotarłem maksymalnie zmęczony i zniechęcony. Przycupnąłem sobie na schodku przed stołem, za którym miałem zasiąść w czasie spotkania, z zamiarem złapania oddechu i odsapnięcia. Przy okazji zacząłem rozmawiać z Czytelnikami i… po jakichś dwudziestu sekundach zapomniałem o zmęczeniu. Magiczna sprawa! I znakomite spotkanie, które przeciągnąłem tak, że nie wyrobiłem się na ostatni pociąg do Warszawy i wracałem autobusem, którego kierowca najwyraźniej szykował się do startu w wyścigu Formuły 1, a na ekraniku prezentowany był film „Grawitacja” w wersji dla nietoperzy i Batmana czyli do góry nogami. Ale co tam. Warto było!  

Paweł Płaczek/takemycake.eu
RR: A jakie jest Twoje najzabawniejsze wspomnienie ze spotkań?

AR: Najzabawniejsze? Gdy na Targach w Poznaniu podeszła do mnie pewna starsza pani i powiedziała: „Ja pana uwielbiam! Jaka to szkoda, że nie ma pan już programu w telewizji, bo tak bardzo lubiłam pana oglądać!”. Jako że nigdy nie miałem programu w telewizji, trochę się zdziwiłem, a po kilku minutach zorientowałem się, że pani pomyliła mnie z Mariuszem Szczygłem. Ponieważ jednak nie chciałem, żeby było jej przykro, tym bardziej, że – jak mi się zwierzyła - od rana zdążyła już wylać wodę, na szczęście zimną, na swojego kota, zbić szklankę, spalić grzanki i ZGUBIĆ OKULARY,  więc podpisałem jej książkę pana Mariusza, za co bardzo go niniejszym przepraszam. To był klasyczny wybór mniejszego zła. Ot, coś w stylu krewnych, którzy pocieszają leżącego na łożu śmierci, że zdaniem lekarzy za chwilę wstanie i pójdzie grać w ping-ponga. 

RR: Gdybyś miał trzema słowami (dosłownie!) zachęcić zupełnie obcą do przeczytania jednej z Twoich książek, który tytuł byś wybrał i jakich słów byś użył?

AR: Debiutancki, „Ukochany z piekła rodem”, i słów: „Pierwsza, nie ostatnia!”
  
RR: A zdradzisz dlaczego zdecydowałeś się na zmianę wydawnictwa i dołączenie akurat do ekipy Wydawnictwa Filia przy „Jak Cię zabić, kochanie?”?

AR: Moje dwie pierwsze powieści wydało wydawnictwo Melanż, mała, rodzinna firma należąca do pani Bogusi Genczelewskiej. Współpraca z panią Bogusią była prawdziwą przyjemnością, bo to znakomita profesjonalistka, która zna rynek wydawniczy jak własną kieszeń. Zawsze pozostanę jej wdzięczny za szansę, którą mi dała i to w czasach, kiedy obiegowa opinia głosi, że „na debiutantach się nie zarabia”. Mam też sporą satysfakcję, że nie straciła ani grosza na wydaniu moich książek. Po wydaniu drugiej książki pojawiła się jednak propozycja od wydawnictwa Filia. Porozmawialiśmy, okazało się, że to fajni, pełni pomysłów ludzie, z którymi od pierwszej chwili mam idealną chemię. Wydanie „Jak Cię zabić, kochanie?” pokazało mi, że są w stanie zapewnić książce dużą promocję, która w czasie, gdy na rynku ukazuje się tygodniowo kilkadziesiąt nowych pozycji, jest podstawą. Postanowiłem więc powierzyć im opiekę nad moją dalszą, nazwijmy to, karierą literacką i podpisać umowę długoterminową na kilka tytułów. A Melanżowi życzę nieustannie powodzenia i dalszej dobrej sprzedaży dwóch moich książek, które zostały w ich portfolio. Myślę, że taka właśnie jest, wziąwszy pod uwagę, że i „Ukochanego z piekła rodem”, i „Morderstwo na Korfu” trudno znaleźć w księgarniach.  

RR: Gdzie najchętniej piszesz?

AR: Jest tylko jedno miejsce: mój pokój. Kiedy pierwszy raz oglądałem swoje obecne mieszkanie, wiedziałem, że ów malutki, ledwie siedmiometrowy, pokoik stanie się moim azylem. Pomalowany jest  na mój ulubiony miodowy kolor. O dziwo zmieściły się w nim dwa regały z książkami i płytami oraz dwie szafki na ubrania, biurko, a nawet mała kanapa. I wcale nie jest ciasno, tylko… przytulnie. Nad ekranem komputera wisi portret Madonny, na jednej ścianie reprodukcja „Primavery” Sandra Botticellego, na drugiej kolejna - „Róż Heliogabala” Lawrence'a Almy-Tadamy, a ma parapecie schronienie znalazły pluszaki, które przez lata dostawałem od Słuchaczy i Czytelników. Eklektyzm na całego! Moi przyjaciele twierdzą, że chaos w moim pokoju doskonale odzwierciedla bałagan w mojej głowie.

RR: Spodziewałeś się, że zostaniesz tak pozytywnie przyjęty przez czytelników, którzy z czasem też mianowali Cię nawet Księciem Komedii Kryminalnej?

AR: Z tym księciem to początkowo był żart. Nawet nie pamiętam, kto go wymyślił. Chyba na jakimś czacie zaczęliśmy z Czytelnikami rozmawiać o przydomkach pisarzy – że Katarzyna Bonda to królowa kryminałów, a Remigiusz Mróz to ich król, więc Magda Witkiewicz powinna być carycą powieści obyczajowych, a ja księciem komedii kryminalnych. I pewnie szybko by się to rozmyło w niebycie, ale ku mojemu zdumieniu ta ksywka zaczęła niektórych tak bardzo irytować, że przekornie postanowiłem ją utrzymać przy życiu. A teraz, kiedy w prezencie gwiazdkowym od swojego wydawnictwa dostałem wielką pieczęć z napisem „Książę Komedii Kryminalnej”, to już zostało przyklepane urzędowo i nie ma odwrotu. Niech sobie ów książę zostanie, nawet go polubiłem :) 

Paweł Płaczek/takemycake.eu
RR: Ja też go lubię! A jak Książę reaguje na grymasy i marudzenie na jego książki?

AR: To zależy, kto grymasi :) Mam taką swoją ulubioną kategorię grymaszących: masochiści. Można ich poznać po zdaniu: „To już czwarta powieść tego autora, której nie lubię”. Nie rozumiem, po co  zadawać sobie takie męki? Ktoś sięgnął po moją książkę raz, nie podobało mu się – rozumiem. Sięgnął drugi, bo myślał, że a nuż zmieni zdanie – też mu się nie podobało. OK. Ale sięgać „ęty” raz po autora, którego się nie lubi, to już zakrawa na jakąś niezdrową obsesję. Kiedy zaczynałem czytać pierwsze recenzje swoich książek, miałem w głowie hasło: „Jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził”. I nadal się go trzymam, oczywiście ciesząc się w duchu z każdej pozytywnej opinii i za każdą będąc bardzo wdzięcznym. 

RR: W takim razie ja też jestem książkową masochistką, dzięki.Wiem, że masz blogową czarną listę. Na jakiej podstawie ją stworzyłeś?

AR: A skąd wiesz?! Komu mam urwać głowę za niedyskrecję?! :)

RR: Sobie! Wywęszyłam, że gdzieś, kiedyś wspomniałeś o tej liście.

AR: Nie stworzyłem nigdy takiej oficjalnej listy, acz są miejsca w sieci, których nie lubię odwiedzać, i blogerzy, o których nie mam najlepszej opinii. Tu działa podobna zasada, co przy opiniach Czytelników. Nie będę na siłę prosił o recenzję moich książek kogoś, kto dał już mi do zrozumienia, że mu się one nie podobają. To przecież tak, jakbym się dowiedział, że ktoś ma alergię na orzeszki ziemne, po czym odwiedził go z paczuszką takowych i zaczął mu je wpychać do gardła z pocieszającym okrzykiem: „A może jednak ci minęło?!” To nie jest tak, że kończąc współpracę z jakimś blogiem czy portalem, chcę uniknąć krytyki. Nie, nie – sama wiesz, że krytykę sobie bardzo cenię. Ale tylko, gdy jest konstruktywna! A jaka konstruktywność kryje się w opinii „książka może jest i niezła, ale szukałam czegoś innego” albo jak mam poważnie traktować zdanie: „początkowo pogubiłam się w bohaterach”, skoro przez pierwsze rozdziały książki było ich zaledwie czworo?! Są też blogerzy, którzy pozwalają sobie na negatywne uwagi natury osobistej, niekulturalne docinki, złośliwości. Tych faktycznie skreślam od razu i na zawsze. Bo choć ich słowa z reguły świadczą tylko o tym, że mają jakiś problem głównie z sobą, to ja w ich terapii uczestniczyć nie muszę i nie chcę. Tam, gdzie zaczyna się internetowe chamstwo, tam kończy się moja tolerancja. 

RR: Ale odpowiadasz na recenzje?

AR: Już nie. Dwa razy odpowiedziałem i dwa razy panie blogerki poczuły się tak urażone moimi uwagami, że jedna z nich po dziś dzień uważa mnie za pomiot szatański i przy każdej okazji stara się wszędzie zamanifestować swoją niechęć do mnie. Uznałem więc, że nie warto tracić czasu, zwłaszcza na ludzi, którzy sami atakując, każdą próbę dyskusji traktują jak obrazę majestatu. Jeśli pojawi się jakaś dobra recenzja, dziękuję za nią, linkuję na swojej stronie. Jeśli krytyczna, ale konstruktywna, biorę ją pod uwagę. Jeśli hejterska albo z kategorii "sama nie wiem, o co mi chodzi", przechodzę nad nią do porządku dziennego. I tylko czasem ciekawi mnie trochę, skąd się bierze jakieś takie ogólne przekonanie, że bloger niczym papież jest nieomylny, a autor ma siedzieć cicho nawet, gdy czyta o swojej książce jakieś, za przeproszeniem, dyrdymały.

RR: Rozmawiając z różnymi autorami praktycznie zawsze dowiaduję się, że poza tymi książkami, które wydają, mają jeszcze kilka nieopublikowanych „w szufladzie”. Masz jakieś książki przygotowane na zapas?

AR: Ani jednej. Za to spisanych kilka pomysłów intryg kryminalnych i zaczętych pięć powieści, w tym jedną obyczajową i jedną historyczną.

RR: Ale mam nadzieję, że już intensywnie pracujesz nad kolejną komedią kryminalną?

AR: Muszę, bo deadline mi wisi nad głową, a to zawsze najlepszy poganiacz. "Zabójczą korektę" mam oddać wydawnictwu do 31 marca.

Ania Powałowska/fotografka.eu
RR: Wszyscy chyba już wiedzą, że uwielbiasz książki Chmielewskiej i Christie, no ale przecież muszą być jacyś inni autorzy, których od czasu do czasu podczytujesz?

AR: Cała plejada! Z kryminalistów - Earl Stanley Gardner i MC Beaton. Uwielbiam bać się przy horrorach i thrillerach Stephena Kinga. Kocham Sue Townsend, uwielbiam cykl Helen Fielding o Bridget Jones. Z polskich autorów – mam ogromny szacunek dla śp. Haliny Snopkiewicz. Każda jej książka była eksperymentem z inną formą przekazu myśli, rodzajem narracji, słownictwem – i każda wyszła znakomicie. Jest też cała lista współczesnych polskich autorów i autorek, których lubię i szanuję. Wystarczy prześledzić fotki na mojej Facebookowej stronie, żeby odnaleźć powieści, które polecam. Czasem ludzie pytają mnie, czemu polecam „konkurencję”, a ja uważam, że propagowanie dobrej sztuki jest moim obowiązkiem. Nie mówiąc już o tym, że jeśli mogę polecić znakomitą książkę, to po prostu jest to przyjemność. Znasz to uczucie...  

RR: A czytałeś książki Sophie Hannah, w których to właśnie ona prowadzi Herculesa Poirota?

AR: Próbowałem, ale upewniłem się jedynie w przekonaniu, że są pisarze, których nie da się zastąpić. Agatha Christie na pewno należy do ich grona. Pani Hannah to zdolna pisarka, ale lepiej, żeby tworzyła własne kryminały, z wymyślonymi przez siebie postaciami.

RR: A skoro sezon na podsumowania zeszłego roku jeszcze trwa zdradzisz mi ile książek udało Ci się przeczytać w 2016?

AR: Obawiam się, że nie wypadnę zbyt dobrze. Ale czytam non stop coś w redakcji, bo na tym polega moja praca, dużo też piszę, nie tylko książek, a oczy z roku na rok mam, niestety, coraz słabsze. To tak gwoli usprawiedliwienia, że w 2016 roku przeczytałem jedynie 23 książki. Bywało lepiej. Nawet znacznie lepiej.

RR: Bardzo ciekawi mnie jak bardzo zmieniło się Twoje życie prywatne od momentu wydania pierwszej książki?

AR: Na pewno przytyłem, bo więcej siedzę przy komputerze. Ale to chyba nie jest życie prywatne… Hmmm… Chyba nic się nie zmieniło. No, może poza tym, że musiałem zainwestować w koszulkę z napisem: „Sorry Ladies, I'm In The Night's Watch”.

Ania Powałowska/fotografka.eu
RR: Czekałam na jakieś bardziej spektakularne smaczki <śmiech>.



Paweł Płaczek/takemycake.eu

7 komentarzy:

  1. Bardzo wyczekiwałam tego wywiadu i czytałam go z uśmiechem na ustach! :D Świetne pytania, genialne odpowiedzi. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. To spotkanie w Łodzi było fenomenalne. Przypuszczam, że jutro to dopiero będzie się działo :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super wywiad. Uwielbiam wypowiedzi tego autora, zawsze się szczerze przy czytaniu. :D Mam nadzieję, że będzie dane mi poznać Alka osobiście, bo mam książkę do podpisu. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. świetny wywiad, który tylko utwierdza w uwielbieniu Alka :D genialne

    OdpowiedzUsuń
  5. Całkiem niedawno pod jednym z postów autora napisałam, że chyba zacznę sobie "kolekcjonować" Jego wypowiedzi. Myślę, że całkiem ciekawy cykl opowiadań by z tego wyszedł ;) Świetny wywiad! Trafione pytania i genialne odpowiedzi :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie miałam czasu i tylko wpadłam zobaczyć wywiadzik, no i przepadłam, mimo faktu iż wczoraj byłam na spotkaniu autorskim we Wrocławiu. Teraz to już całkowicie przepadłam. :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo ciekawa rozmowa i szczerze powiedziawszy ubolewałam, że tak szybko skończyłam ją czytać. Poproszę o drugą część ;)
    Czytając wywiady z autorem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to sympatyczny i zabawny człowiek. Liczę, że kiedyś będzie mi dane uczestniczyć w spotkaniu autorskim z panem Alkiem.

    OdpowiedzUsuń

© Agata | WS.